Dlaczego warto być asertywnym

Od małego w domu rodzinnym, przedszkolu czy szkole, wszyscy mówią nam, że trzeba być dobrą i grzeczną. I że dziewczynce pewnych rzeczy nie wypada robić. Wprowadzenie tej zasady w życie powoduje, że dorośli chwalą nas i klepią po głowie. Problem pojawia się, kiedy same stajemy się dorosłe…

Kliknij tutaj i zdobądź większą pewność siebie!

 

Chwalenie za bycie miłą jest pozytywnym wzmocnieniem i utwierdza nas w przekonaniu, że dobrze jest być grzeczną i miłą. Jednocześnie w bajkach i filmach oglądamy bohaterów, którzy dodatkowo zdają się to potwierdzać. Cechą wspólną wszystkich księżniczek Disneya jest właśnie bycie dobrą, miłą, usłuchaną, wspierającą, skłonną do poświęceń, zawsze też za to docenianą przez przyjaciół, poddanych czy też obiekt miłości. Przyjmowanie i stosowanie tych wzorców w dzieciństwie wydaje się czymś super. W końcu za dobre zachowanie jesteśmy cały czas nagradzani, a za złe karani. Oczywistym wydaje się więc przekonanie, że jest to właściwa droga. Po części rzeczywiście tak jest. Ale nie zawsze…

Problem  zaczyna się wtedy, kiedy przekonanie to zabierzemy ze sobą dalej w dorosłe życie, gdzie świat nie jest już tak zerojedynkowy. I zamiast białego, który równa się byciu dobrą, miłą i grzeczną, oraz czarnego, który równa się byciu niegrzeczną i nieusłuchaną, zaczynają nas otaczać barwy szarości. A tymczasem my często wciąż pozostajemy w schemacie czerni i bieli. Nie zdajemy sobie sprawy, że bycie zawsze miłą i uległą też może nieść za sobą katastrofalne dla nas skutki – podobnie jak bycie zawsze niegrzeczną i nieusłuchaną. Nie zdajemy sobie też sprawy, że często może to mieć zgubny wpływ na nasze związki i to, jakich partnerów do siebie przyciągamy, a jakich odpychamy.

Jeżeli przenosisz swoją postawę bycia zawsze miłą, grzeczniutką i potulną do relacji z partnerem, narażasz się na wiele efektów ubocznych, o których nikt nam wcześniej nie wspominał w przedszkolu ani w Disneyowskich bajkach. O tyle, o ile bycie miłą i dobrą jest czymś jak najbardziej OK i jest bardzo atrakcyjne dla płci przeciwnej, tak istnieje granica, która często jest niezauważalna. Dlatego dziś chcę Ci pokazać kilka pułapek, które czekają na drodze do bycia zbyt miłą, zbyt dobrą i spolegliwą, oraz gdzie leży granica – w którym momencie powinniśmy podwinąć rękawy i powiedzieć dość.

Schematyczność

Bardzo często bycie miłym jest wyuczonym zachowaniem, które tak naprawdę jest bardzo schematyczne. Masz wbite do głowy, jak w danej sytuacji powinnaś się zawsze zachować albo czego nie wypada Ci powiedzieć lub zrobić, kiedy powinnaś co powiedzieć, jak zareagować, czego odmawiać i tak dalej – żeby na przykład nie sprawić komuś przykrości, często własnym kosztem. Osoba miła często skrywa swoje prawdziwe ja pod maską bycia poprawną i wzorową, nie daje się lepiej poznać i często działa wbrew sobie, bo nie umie powiedzieć NIE. Jedyną wersją siebie, jaką pokazuje otoczeniu, jest ta potulna, grzeczna i miła. Istnieje nawet paradoks dobrego ucznia – czyli sytuacja, w której nauczyciele zapamiętują bardziej tych niegrzecznych, gorzej uczących się uczniów i rozrabiaków niż tych, którzy dobrze się uczyli i nie sprawiali problemów. Wpisywali się oni w przyjęty schemat, przez co w naturalny sposób byli mniej zauważalni. Żeby było jasne – nie chodzi mi o to, że skakanie po ławkach i rzucanie w nauczyciela papierkami jest w OK (bo nie jest). Chcę tylko, żebyś zrozumiała pewną analogię, bo podobny schemat ma też często odzwierciedlenie w naszej atrakcyjności i tym, jak jesteśmy postrzegani przez inne osoby.

Osoby bardziej zbuntowane, które nie boją się wyrazić swojego zdania, dyskutować z nauczycielami czy nawet kłócić się z rówieśnikami, mimo problemów z zachowaniem rysują się często jako osoby ciekawsze. A później tym samym jako bardziej atrakcyjne. Wynika to po części z tego, że pokazują swoje prawdziwe oblicze, prawdziwe emocje, które w nich siedzą, prawdziwe rozterki, które mają. Mimo tego, że często takie wychodzenie przed szereg wpędza takie osoby w kłopoty, to przy okazji komunikuje też otoczeniu: nikogo nie udaję, jestem sobą, jestem pewny siebie, nie boję się wyrazić swojego zdania, nie boję się bronić tego, w co wierzę. Tym samym takie osoby sprawiają wrażenie bardziej atrakcyjnych i przyciągają do siebie innych – w przeciwieństwie do osób, które przez zbyt asekuracyjne podejście nigdy nie dają poznać swojego prawdziwego ja, ponieważ siedzi ono ukryte pod narzuconym schematem bycia poprawnym i tym samym rysują się często jako osoby nudne, nieciekawe, bez charakteru, co zazwyczaj nie jest prawdą, ale często tak to wygląda w odbiorze innych.

Niezauważalna granica

Kolejnym bardzo dużym problemem z byciem zawsze miłym jest fakt, że często nie znamy granicy. W efekcie nie jesteśmy asertywni – a to prowadzi do katastrof, kiedy lądujemy w relacjach, w których robimy rzeczy, jakich nie lubimy albo nie mamy na nie ochoty, bo zwyczajnie nie chcemy sprawić drugiej osobie przykrości, głupio jest nam odmówić albo boimy się, że jeśli odmówimy, to druga osoba przestanie nas lubić. Bardzo często w takiej sytuacji popadamy w kompleksy i wydaje nam się, że nawiązywanie nowych przyjaźni polega na tym, by być jeszcze bardziej miłym. W efekcie często staramy się przekupywać drugą stronę, dając jej swój czas, robiąc dla niej „bezinteresownie” różne rzeczy, czy to w szkole, na studiach, w pracy czy w związku. Jesteśmy praktycznie na każde zawołanie, telefon z prośbą o pomoc czy też potrzebę wyżalenia się. Największą pułapką jest to, że mylnie wydaje nam się, że właśnie tak wygląda przyjaźń czy relacja. Prawda jest jednak taka, że jesteśmy zwyczajnie wykorzystywani, dając z siebie 200 albo 300%, czasami wręcz będąc niemal niewolnikami drugiej osoby, podczas kiedy ona w ogóle się nie stara, nie pyta, co u nas, nie interesuje jej to i nie daje nic od siebie. Odzywa się do nas wtedy, kiedy czegoś chce, kiedy czegoś potrzebuje lub kiedy ma problem. Kiedy z kolei to my czegoś chcemy, potrzebujemy czy po prostu chcemy spędzić razem trochę czasu, to ta osoba jest wiecznie zajęta, nie ma czasu albo akurat coś jej wypadło.

Tragedią jest to, że mimo tego nadal dajemy się wykorzystywać, bo paradoksalnie boimy się, że kiedy przestaniemy tyle dawać od siebie, to ta osoba przestanie nas lubić. Albo tak bardzo chcemy pomóc tej osobie, że często robimy to kosztem siebie, swojego własnego czasu i swoich własnych potrzeb. Nie zdajemy sobie sprawy, że ta osoba nigdy nas tak naprawdę nie lubiła za to, jacy jesteśmy, tylko za to, co możemy jej dać. Innymi słowy, żerowała na nas, wyczuwając, że jest do tego okazja. Niestety – będąc zawsze miłą i zawsze dobrą, przyciągasz ludzi, którzy to wykorzystują i będą chcieli wyciągać z tej relacji, ile tylko się da, tak długo, jak im na to pozwolisz. Często zdarza się też, że będąc zbyt dobrym, rezygnujemy z własnych potrzeb, stawiając ponad nie potrzeby drugiej osoby.

Wyobraź sobie, że przychodzisz do nowej pracy do biura. Szef zapoznaje Cię z rzeczami, które musisz robić na co dzień i Twoimi obowiązkami. Bez problemu wchodzisz w nowe obowiązki i wypełniasz je. Pewnego dnia przychodzi do Ciebie kolega z biurka obok i pyta, czy możesz mu pomóc z jedną rzeczą. Ponieważ jesteś taka dobra, miła, uczynna i chcesz pomóc, bez wahania się zgadzasz. Nie jest to duży problem, bo swoje obowiązki wypełniasz dość szybko, więc jakoś specjalnie nie obciąży Cię to, żeby pomóc też jemu. Z czasem kolega jednak systematycznie prosi Cię o coraz więcej przysług. Ty nadal się zgadzasz, ale powoli zauważasz też, że zaczynasz robić nadgodziny, bo przestajesz się wyrabiać z własnymi obowiązkami i prośbami od kolegi jednocześnie. Ale kolega nie przestaje i zaczynasz czuć, jakby zaczynał traktować Cię jak swojego pracownika. W końcu kompletnie nie masz czasu na swoje rzeczy, bo w 100% czas wypełniają Ci obowiązki kolegi. Możesz w końcu nie wytrzymać i powiedzieć: słuchaj, tym razem nie mogę tego zrobić. A on na to: ej, czemu jesteś niemiła, co Cię ugryzło, czemu się tak zachowujesz, czy jesteś na mnie zła? W tym momencie zaczynasz mieć wyrzuty sumienia i zadawać sobie pytanie, czy aby na pewno wszystko z Tobą OK i czy nie przesadziłaś. Koniec końców po raz kolejny robisz nadgodziny za kolegę.

Ten mechanizm nazywany jest spychologią – jest wykorzystywany przez co bardziej wredne i manipulujące jednostki na obiektach, które sobie na to pozwalają i dają sobą manipulować. Bo chcą być miłe, boją się odmówić, aby przypadkiem nie stracić „dobrego” kontaktu z tą osobą, żeby przypadkiem nie przestała ich lubić. Jeżeli jesteś zawsze supermiła, układna i boisz się konfrontacji, będziesz robić absolutnie wszystko, aby z nikim się nie pokłócić, nie poróżnić i nie zajść nikomu za skórę, żeby wszyscy Cię lubili. Możesz nawet przemilczeć swoje poglądy albo zgodzić się z nieswoimi, możesz nie skomentować rzeczy, które ewidentnie Cię dotknęły albo które Ci przeszkadzają, a kiedy ktoś zapyta Cię o konkretny pogląd czy zdanie na jakiś temat, to wycofujesz się z niego albo zgadzasz się z rozmówcą. Wydaje nam się, że unikając konfrontacji jesteśmy mili i dobrzy, i dzięki temu nie narażamy się, a druga strona dalej będzie nas lubić. Tymczasem, o ile w ten sposób rzeczywiście nie doprowadzimy do tego, że druga osoba będzie nas NIE lubić, to prawdopodobnie nigdy nie zapała też do nas szczególną sympatią. Bardzo trudno pozostać neutralnym i budować prawdziwe więzi międzyludzkie. Nawet jeśli się udaje, to trwa to nieproporcjonalnie dłużej, niż gdybyśmy po prostu nie bali się tego, co w nas siedzi, i zamanifestowali to.

Dlatego nie należy bać się konfrontacji ani konfliktów. Nie ma nic złego w niezgadzaniu się z czymś, w byciu asertywnym, w sprzeciwieniu się działaniom, które nam nie odpowiadają. Może Ci się wydawać, że odepchniesz osoby, które uważają inaczej. Ale gwarantuję Ci, że pomimo iż mogą się w tej chwili z Tobą nie zgadzać, będą Cię bardziej szanować i respektować za własne zdanie. To trochę jak dwóch facetów, którzy się o coś pokłócą, pobiją się do krwi, a dosłownie parę dni później przybijają sobie piątkę i idą na piwo. Pamiętaj, że zawsze będzie jakaś grupa osób, które nie będą Cię lubić, która będzie się z Tobą nie zgadzać. Ale jednocześnie istnieje inna grupa osób, które będą się z Tobą zgadzać i będą Cię lubić, właśnie dzięki Twojemu charakterowi, Twojemu zdaniu i poglądom. Trzeba to zaakceptować i się z tym pogodzić. Nie jesteś zupą pomidorową, żeby Cię wszyscy lubili. Nigdy się tak nie stanie, bo to jest niemożliwe. Ale za to osoby, które będą w Twoim otoczeniu, będą Cię lubić naprawdę.

Konfrontacje i konflikty powodują, że wyrzucamy z siebie to, co w nas siedzi. Unikając ich, sprawiamy, że to, co w nas siedzi, rośnie i nie ma w żaden sposób ujścia. Nie możemy się tego bać. Dlatego tak ważne jest, aby na każdym etapie relacji manifestować swoje zdanie, poglądy, zasady i przekonania. Oczywiście nie chodzi o to, żeby na siłę się z kimś nie zgadzać. Chodzi o bycie szczerą z samą sobą – i niezgadzanie się z rzeczami, z którymi naprawdę się nie zgadzasz. Na krótką metę możemy się z kimś pokłócić, ale na dłuższą mamy tę sprawę z głowy, bo ją wyrzuciliśmy z siebie, wyjaśniliśmy to od razu i nie pozwoliliśmy, żeby siedziała w nas i nas truła.

Największą tragedią bycia na siłę miłym i poprawnym jest to, że jesteśmy zamknięci w schemacie, który tłumi nasze prawdziwe ja. Będąc miłym, układnym, dobrym, zachowując się zawsze tak, jak trzeba, bo nie wypada inaczej, często rezygnujesz z siebie, z wyrażania tego, co naprawdę uważasz, co naprawdę Ci przeszkadza, wkurza Cię albo Ci się nie podoba. Albo wręcz przeciwnie – rezygnujesz z tego, co Ci się podoba. Nie rezygnuj z siebie, bo nigdy nie dasz się drugiej osobie poznać taka, jaka jesteś naprawdę!