To niszczy Twoje relacje!

Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem po autostradzie. Nagle zapala się czerwona lampka ostrzegająca Cię o tym, że w Twoim samochodzie doszło do usterki. Co robisz?

Kliknij tutaj i poznaj rozwiązania miłosnych problemów!

 

Zjeżdżasz na bok, dzwonisz po lawetę, zabierasz samochód do serwisu, gdzie mogą przeanalizować i naprawić usterkę… czy ignorujesz informację o usterce, kontynuujesz jazdę, licząc na to, że jakoś dojedziesz do celu, a Twój silnik po drodze nie wybuchnie? Zapewne opcja numer jeden wydaje Ci się naturalnym wyborem. Tymczasem na co dzień często wybieramy opcję numer dwa…

Bardzo często w życiu miłosnym jesteśmy jak taki samochód, który usilnie goni inne auto z napisem „miłość”. Tak bardzo jesteśmy zafiksowani na tym samochodzie i dogonieniu go, że kompletnie nie patrzymy na nasz własny samochód, w którym mamy zdarte opony, świecącą kontrolkę silnika i jedziemy na rezerwie paliwa. Nasz samochód mógłby dosłownie płonąć, a my i tak bylibyśmy bardziej przejęci tym, że wciąż nie możemy dogonić tamtego. Problem w tym, że mogłoby się to okazać niemożliwe… Bo kiedy stan techniczny naszego samochodu jest tak opłakany, ostatnie, o czym powinniśmy myśleć, to gonienie za czymkolwiek innym niż nasz własny dobrostan. Dopiero, kiedy weźmiemy nasze auto na warsztat, zatankujemy, naprawimy to, co trzeba naprawić, wymienimy to, co trzeba wymienić, i przy okazji posprzątamy, możemy w ogóle zacząć myśleć o dalszej jeździe.

Dlaczego więc nie stosujemy się do takich zasad w życiu miłosnym? Dlaczego zapominamy o tym, żeby zadbać o samych siebie, zanim zaczniemy gonić za miłością?

W obecnych czasach jesteśmy wystawieni na wiele czynników mogących powodować spadek nastroju i dobrego samopoczucia. Powoduje to wzrost negatywnych emocji kłębiących się w naszych głowach oraz stres. Stres jest czymś, co w czasach pierwotnych miało nas motywować do podjęcia szybkiego i zdecydowanego działania, by uchronić nas przed niebezpieczeństwem. Natura założyła, że po zażegnaniu kryzysu stres minie i wrócimy do normalnego funkcjonowania. Niestety w dzisiejszych czasach stres może być chroniczny. Stresująca może być praca albo jej brak, relacje z innymi ludźmi, najbliższe otoczenie w postaci partnera czy rodziny, a nawet oglądanie wiadomości, które przepełnione są negatywnymi informacjami. Dodatkowo dochodzi do tego nadmierne obsesyjne analizowanie, przez które stresujemy się sytuacjami, które nas jeszcze nawet nie spotkały, ale my już martwimy się nimi na zapas. Jeżeli mamy partnera, stresujemy się tym, że mógłby od nas odejść. A kiedy go nie mamy, martwimy się, że nigdy sobie nikogo nie znajdziemy.

A jakby jeszcze tego było mało, pojawia się presja. Ona też się nie bierze znikąd. Często jest to presja otoczenia, które mówi nam, że w wieku 30 lat już dawno powinnyśmy być po ślubie, dobrze zarabiać, mieć dziecko, psa, kredyt na mieszkanie i thermomixa. Jeśli tego nie masz, stresujesz się tym. Myślisz, że coś jest z Tobą nie tak, że powinnaś już to dawno mieć, zwłaszcza kiedy w Twoim najbliższym otoczeniu ludzie to osiągają, a Ty nie. Są to oczywiste rzeczy, o których dużo się mówi i z których zdajemy sobie sprawę, zauważyłam jednak, że w obecnych czasach to tylko jedna strona medalu.

Jest jeszcze druga, bardziej ukryta i podstępna, która maskuje się w rzeczach, które teoretycznie robimy, żeby ten cały stres odreagować. Rzeczy, które teoretycznie powinny nas uszczęśliwiać, stają się pułapką. Jeżeli zadałabym Ci pytanie, co robisz, aby być szczęśliwą, pewnie odpowiedziałabyś, że starasz się w jakiś sposób spełnić swoje zawodowe cele czy spędzać czas przy jakimś hobby. Może powiedziałabyś, że starasz się znaleźć partnera, z którym mogłabyś dzielić szczęście, albo że spędzasz czas z najbliższą rodziną. Problem w tym, że te koncepty szczęścia często są dla naszego mózgu maratonem, który trzeba przebiec… a którego często zwyczajnie przebiec mu się nie chce. Dlatego nasz mózg wybiera drogę na skróty – rzeczy, które dają nam chwilowego kopa szczęścia, zamiast pracować nad filarami długotrwałego szczęścia i poczucia spełnienia. Właśnie dlatego wpadamy w tzw. dopaminowe pułapki, które dają nam chwilowego kopa – scrollowanie feedów w social mediach, oglądanie relacji na Instagramie, tiktoków, kompilacji filmów z kotami na YouTubie, nieustanne swipe’owanie na Tinderze. Wszystko to powoduje, że dajemy naszemu mózgowi chwilowy przypływ dopaminy, ale nijak nie wpływa na nasze długotrwałe szczęście. Aplikacje te są tak zaprogramowane, by dawać nam chwilowy przypływ dopaminy dostępny na wyciągnięcie ręki. Mózg, który przyzwyczai się do tak łatwego dostępu do hormonu szczęścia, staje się na tyle leniwy, że nie chce mu się już wysilać nad bardziej długotrwałymi i skomplikowanymi sposobami osiągania spełnienia. Mając do wyboru sięgnięcie po książkę i przejrzenie Instagrama, Twój mózg wybierze to, co łatwiejsze i co szybciej da mu zastrzyk dopaminy.

Wszystko to powoduje, że z czasem bardzo trudno jest nam się na czymkolwiek skupić, brać się za nowe rzeczy, rozwijać bardziej skomplikowane sposoby osiągania szczęścia, jak na przykład rozwijanie hobby, rozwój w pracy czy na uczelni – to wszystko będzie dla mózgu znacząco trudniejsze, a przede wszystkim droga do osiągnięcia tego będzie dłuższa niż zwykłe wzięcie telefonu do ręki. Oczywiście prowadzi to do tego, że w efekcie prędzej czy później jesteśmy nieszczęśliwi. Długotrwałe szczęście nie może być zbudowane na krótkotrwałych dopaminowych skokach. Ono jest budowane na ciężkiej pracy, która początkowo nie daje widocznych efektów, a wymaga pracy, czasu, intelektu, zaangażowania, nauki – ale przynosi efekty po czasie. To tak jak z nauką gry na pianinie, która początkowo jest trudna i nudna, wymaga dużych nakładów pracy, skupienia, czasu, ciągłych i powtarzalnych ćwiczeń, niezliczonych gam, pasaży, ćwiczenia palców… Ale po czasie czujesz spełnienie i szczęście, kiedy grasz coraz lepiej i lepiej, opanowujesz ulubione melodie i czerpiesz z tego ogromną przyjemność. Właśnie dlatego kluczowe jest to, żeby zadbać o swoje długotrwałe szczęście.

Jak sobie z tym radzić?

Staraj się na bieżąco rozładowywać negatywne emocje. Pamiętaj, że wszystkie negatywne emocje, które zbieramy w ciągu dnia czy w ciągu całego tygodnia, będą się w nas kumulować – więc dobrze jest je regularnie z siebie wyrzucać. Możesz robić to, mówiąc na głos o tym, co Cię denerwuje, wygadać się bliskim osobom. A jeżeli Twoja frustracja jest narastająca i masz wrażenie, że problem się pogłębia, warto porozmawiać na ten temat ze specjalistą, który pomoże Ci jeszcze lepiej nad tym wszystkim zapanować.

Zredukuj poziom stresu. Stres odpowiada za znaczną część naszych problemów i bardzo łatwo jest powiedzieć „nie stresuj się”… W dzisiejszych czasach stres towarzyszy nam niemal zawsze – ale można go redukować. Dobrze jest starać się odcinać od problemów i znajdować przestrzeń, w której jesteśmy od nich wolni – od pracy, od szumu informacyjnego, od nadmiernego rozkminiania.

Wyeliminuj ze swojego życia wszelkiej maści pułapki. Usuń aplikacje, które otwierasz tylko po to, by dawać sobie dopaminowe skoki, takie, których niekończące się feedy możesz bezwiednie scrollować, Tindera, którego możesz w nieskończoność swipe’ować i nie mieć z tego żadnych efektów. Wyłącz powiadomienia – są one jak wędka z przynętą rzucona w Twoją stronę. Jeżeli odkładasz telefon na dłużej, mają na celu zwabić Cię z powrotem.

Przestań być masochistką. Wyeliminuj treści i profile, które negatywnie na Ciebie wpływają. Jeżeli jakiś profil w social mediach powoduje u Ciebie negatywne emocje, jak złość, zazdrość, wkurzenie, smutek, potrzeba walidacji, FOMO – wycisz go, przestań obserwować albo zablokuj.

Dbaj o swój dobrostan – bo nikt inny tego za Ciebie nie zrobi!